Dolomity 2002

- Jak myślisz, raki będą potrzebne? Czekan? Warto brać śpiwór?
- Stary, spoko, po południowej stronie Alp to już lato! Słońce, ciepło, rozgrzana skała. Możesz iść na lekko. – odpowiedział mi rok temu kolega, „stary bywalec“ tego regionu.

Samochodem wyjechałem jak najwyżej. Zostawiłem go na parkingu przy schronisku, przekąsiłem coś i szybko – było już późne popołudnie – ruszyłem w górę. Byłem zaniepokojony, gdyż cała dolina była biała, tak samo jak i żleby i kopuły szczytów. Po półgodzinnej wędrówce w stronę biwaku stanąłem u stóp ogromnego lawiniska. Tędy miała prowadzić droga do schronu, ale lawina zmiotła po drodze wszystko, co kiedykolwiek miało tu przypominać ludzką obecność, o znakach jakiejś ścieżki nawet nie było co marzyć. Przez chwilę brakowało mi mojego „starego bywalca”; chętnie bym zobaczył jak bez raków i czekana – tak na lekko – pnie się w górę tego zmarzniętego żlebu. Z satysfakcją przyglądał bym się jak odkopuje wejście do biwaku, i – także na lekko – dygota całą noc z zimna. Tymczasem właśnie to oczekiwało mnie: twardy zmarznięty śnieg, którego górna warstwa pod wpływem coraz silniej operującego słońca zamieniała się w coś w rodzaju skórki od banana leżącej na chodniku, nieprzetarte szlaki, z rana spadające kamienie, pod wieczór spadająca temperatura poniżej zera.

Od tej pierwszej, spontanicznej wyrypy minął rok. I mimo tych wszystkich złych doświadczeń – wędrówka ta o mało nie skończyła by się prawdziwą katastrofą – nie uwolniłem już mojego serca od tych gór; ich strzelistych wież, siwej skały odbijającej wszelkie odcienie słońca, wodospadów spadających z pionowych ścian, świeżego smaku wody, zapachu wiosennej trawy... Trudno, bardzo trudno jest nie zakochać się w Dolomitach.

Tym razem nie konsultowałem się ze „starym bywalcem”, lecz już od miesięcy zająłem się studiowaniem map, przewodników, skałoplanów. Studia te były bardzo owocne, można nawet powiedzieć, że aż nadto. Dolomity są górami o bardzo osobistej specyfice. Każdy, kto miał okazję się tam poruszać, wie, że nie tworzą one ani łańcuchów górskich, ani nie koncentrują się na jeden typowy, charakterystyczny region. Najlepiej można by je porównać z wyspami pływającymi w oceanie wyżyn. Każda z tych wysp jest inna. Niektóre występują jako samotne oazy, inne z kolei przypominają laguny, jeszcze inne fortece starych, potężnych zamków zamieszkałych ongiś przez olbrzymów. Szczyty tych gór mogły by uchodzić za wieże kolosalnych gotyckich katedr, inne przypominają wieże obronne, jeszcze inne trzypiętrowe torty weselne... Bardzo trudno było podjąć decyzję, gdzie konkretnie się wybrać. Wiedza związana z historią Dolomitów, szczególnie ich specyfiką ze względów wspinaczkowych, nie ułatwiała sprawy. Symbolem Dolomitów były dla mnie Cimy w Lavaredo, ale teraz wiedziałem, że samo wyjście na szczyt już mi nie wystarczy. Interesowała mnie głębsza eksploracja danego regionu. Jechać w Lavaredo, to znaczy skoncentrować akcję górską na już bardzo zaawansowanym poziomie. Zachowanie takie nie było by nazbyt rozważne, biorąc pod uwagę, jakie warunki mnie tam mogły czekać o tej porze roku, i jak im sprostać...  z moim doświadczeniem alpejskim:dysproporcja była nazbyt wyraźna. Rok temu dostałem nauczkę, i tym razem wiedziałem, że o tej porze roku nie mogę liczyć na czysto letnie warunki, ani na drogach turystycznych, ani w ścianie. Wniosek był prosty: należało się przygotować do warunków zimowych, i to na całej linii. Za nim ciągnął się jeszcze jeden problem – chyba najtrudniejszy do rozwiązania: który z moich partnerów w ogóle wchodzi w tej sytuacji w grę? Na samą myśl, że mógłbym się znaleźć w lodowej rynnie razem ze „skałkowcem” trzymającym pierwszy raz w życiu dziabę, dostawałem dreszczy. W grę wchodziły więc osoby doświadczone nie tylko we wspinaczce letniej ale i zimowej. Najlepiej, jeśli była by to osoba, z którą się wspinałem, lub którą przynajmniej widziałem w akcji, której nastawienie do wspinaczki nie jest mi obce. Osobą taką jest niewątpliwie Agnieszka Nieciąg, Taterniczka z Klubu Wrocławskiego, moja towarzyszka na kursie letnim w Tatrach, oraz współuczestniczka kursu taternictwa zimowego. Nasz poziom techniczny jest podobny, a i cele związane z poznaniem regionów wysokogórskich poza Tatrami nie różnią się aż tak bardzo. Po krótkiej dyskusji przeprowadzonej w cieniu skał w Sokolikach podjęliśmy decyzję wyjazdu. Dokładny cel wyjazdu musiałem jednak jeszcze opracować i przekonać o nim moją partnerkę.

Nie przypadkowo poświęcam temu szczegółowi tyle miejsca i każdemu wybierającemu się w tym okresie w Dolomity radził bym tak samo bardzo dobrze zapoznać się z terenem, a zwłaszcza z infrastrukturą (lub bardziej z brakiem takowej). Jest rzeczą ogólnie znaną, że Dolomity są Mekką wspinaczkową, a wiąże się to z faktem, że ściany – dotyczy to większości regionów – są łatwo dostępne, nie brakuje ani schronisk, ani parkingów i możliwości dojazdu. Wszystko to prawda, ale... dotyczy to tyko sezonu. Sezon wspinaczkowo-turystyczny zaczyna się na przełomie czerwca i lipca. Większość schronisk – z wyjątkiem tych, do których można dotrzeć samochodem lub kolejką linową – otwiera swoje bramy pod koniec czerwca. Wybierając się przed sezonem nie można na nie liczyć. Gdzieniegdzie znajdzie się może jakiś biwak (zeszłoroczny musiałem odkopywać, bo był zawalony kupą zmarzłego śniegu), a bazy zimowe w schroniskach są skrajnym wyjątkiem (w regionie, w którym poruszaliśmy się, oferowało tylko jedno schronisko cztery miejsca w schronie zimowym). Ale właśnie na tym polega urok takiego wyjazdu; najpiękniejsze regiony stają się wprawdzie trudno dostępne, ale są za to prawie dziewicze, puste, żaden ślad nie wytycza drogi, a każda perć ma swój dziki, alpejski charakter. Kłopot w tym, że o bazę, wyżywienie i nawet najprostsze przejście jakimś tam szlakiem, trzeba martwić się samemu. By się z tym uporać byłem zmuszony do przestudiowania paru różnych scenariuszy wyglądających mniej więcej tak: parking na wysokości takiej i takiej, plecak (z namiotem – lub bez -, szpejem, sprzętem zimowym - lub bez -, wyżywieniem, śpiworem...) waży tyle i tyle, podejście takiej i takiej długość, na miejscu oczekuje nas zamknięte schronisko, polana pokryta trawą lub firnem, trasy wchodzące w rachubę to te i te, itd... Nie będę rozpisywał się nad każdą przestudiowaną alternatywą, ale spektrum możliwości sięgało od noclegu na parkingu do podejścia z 25 kilowym plecakiem do o 1200 m wyżej położonego schronu i dotyczyło czterech różnych regionów. W końcu pozostał jeden cel: południowa Sella.