Tatra Mountaineering Pages

Kaukaz 2003

Alpy 2002

Dolomity 2002

Arco 2001

reisesuchmaschine24.de
greencard.de
kraxel.com Outdoor & more
Vorsicht Suchtgefahr: GyroTwister !

© by Dariusz T. Oczkowicz

Mont Blanc

Środa 2 lipca 2003

 

Jeszcze na „słonecznym biwaku” pod Gran Paradiso, rozmawialiśmy o szansach wejścia na Mont Blanc. Powiedziałem wtedy, że aby wejść na Mont Blanc, jednej rzeczy nie może brakować: trzeba tego na prawdę bardzo chcieć. Potrzebna jest determinacja, a ryzyko... Ryzyko jest w górach wysokich wszechobecne. Trzeba je tylko umieć ocenić. Nasze ryzyko polega na tym, że jeśli nie zmieścimy się w „oknie pogodowym” i trafimy w drodze powrotnej na „kibel”, może się to okazać ponad siły moich towarzyszy. Monika i tak ma dość i woli schodzić. Marcin w swej lojalności nie zostawi jej samej nawet w schronie Vallota. Wszystko było by dobrze, gdyby nie fakt, że przyjechałem tu by wejść na szczyt, i kiedy wychodzę o 5.00 przed schron i widzę jeden z najcudowniejszych wschodów słońca, jaki sobie można tylko wyobrazić, nie waham się nawet przez chwilę: idę na szczyt. Ale nie chcę takim akcentem kończyć naszej przygody na najwyższym szczycie Alp. Jeśli tempo nie będzie za szybkie (przede wszystkim przy schodzeniu), to pokonanie tych 450 m nie będzie stanowiło nawet dla Moniki żadnego problemu. Idziemy wszyscy.

Widok gór otaczających Mont Blanc, Grani du Tacul, Aig du Midi, Grand Jorrasses, tonących w promieniach wschodzącego słońca jest tak oszałamiający, że nawet nie wyciągam aparatu fotograficznego, wiedząc, że na żadnym zdjęciu nie da się tego uchwycić. Każda sekunda spędzona w tym otoczeniu jest zbyt cenna, by wzrok odwracać od takich widoków. Każdy przystanek na stromej grani Bosses jest ulgą i natchnieniem. Kiedy wychodzę na szczyt i wbijam czekan w najwyższym miejscu kopuły śnieżnej, wiem dlaczego musiałem tu jeszcze raz wyjść: ja po prostu kocham to miejsce. Szczyt Mont Blanc, tak często pogardliwie wyśmiewany w literaturze Alpejskiej, jako najwyższa ubikacja Europy, przybrany w żółte plamy moczu i kolorowe „pawie” (nic z tego tam nie widziałem!), jako „szczyt deptania śniegu”, ten właśnie Mont Blanc jest moim zdaniem jednym z najpiękniejszych zakątków tego kontynentu. Rok temu, kiedy ostatkiem sił dotarłem do szczytu i samotnie stanąłem ponad chmurami i górami, ujrzałem miejsce magiczne, zaczarowane. Takie niech ono pozostanie w mojej pamięci.

Teraz nie jesteśmy na szczycie sami. Oprócz nas znajduje się tam jeszcze grupa oficerów armii francuskiej, którzy postanowili właśnie w tym miejscu złożyć hołd swojemu sztandarowi. Na szczycie przebierają się w galowe mundury, wyciągają szable i sztandar, i... na chwile zamarzają jak posągi. Jedynie sztandar nie da się utrzymać przy tak silnym wietrze.

Niestety, czas wracać. Schodzimy powoli. W Vallocie nie ma już nikogo. Helikopter zabrał chorego, a jego koledzy zeszli szybko w dół. Gotujemy herbatę, posilamy się. Guzdramy się. Tymczasem chmury podchodzą coraz wyżej. Musimy jak najszybciej schodzić. Na Col du Goűter dopada nas mgła. Marcin widzi przed sobą postacie jakiejś ekipy. By nie stracić śladu, dąży za nimi. Na ramieniu Dôme du Goűter doganiamy ich. Okazuje się, że są to żołnierze, których spotkaliśmy na szczycie. Niestety zgubili ślad. Przy pomocy kompasu próbujemy odnaleźć drogę do schroniska, ale panujący tu whiteall uniemożliwia dalszą wędrówkę. Tego się obawiałem: kibel. I co najgorsze, jeśli się stąd nie wyrwiemy czekają nas co najmniej dwa dni złej pogody.

Bierzemy się za kopanie jamy śnieżnej. Jedenastu oficerów i my, to oznacza dużą jamę i dużo kopania. Na szczęście żołnierze są świetnie zdyscyplinowani i pracowici, a ich szable służą doskonale do zakotwiczenia dachu zbudowanego z lin i grubych folii ratunkowych. Mimo tego, miejsca w jamie jest mało. Długo tu nie wytrzymamy. Przede wszystkim Monika, której stan się pogarsza, dopiero w środku uświadamia sobie, że nie będzie to piknik. Nalega na rozbicie namiotu. Ale nie jest to takie proste: stok jest tu pochyły, nie mamy deadmenów, a gdyby namiot tu poszedł w dół, to leciałby jak strzała dobre 1000 m w dół lodowca. Ale postanawiam nie dzielić się tymi obawami z moimi partnerami. Bądź co bądź to ja ich w to wpakowałem i powinienem jak najszybciej znaleźć wyjście z tej – delikatnie mówiąc - niewygodnej sytuacji. Nic, śruby lodowe, do których jest teraz przymocowany dach schronu musimy zabrać do zakotwiczenia namiotu. Z wszystkich plecaków budujemy coś w rodzaju wiatrochronu. Żołnierze pomagają nam jak mogą, a w zamian za to oferujemy dwóm z nich miejsce w namiocie. Pięć osób w dwuosobowym namiocie? Jeszcze parę dni temu bym to uznał za żart, teraz jest to rzeczywistość, i do tego dobra rzeczywistość: jest ciasno, ale za to ciepło. A kiedy jeden z naszych gości wyciąga z kieszeni suszoną szynkę savoiardzką, od razy wszystkim wraca humor.

Upływa godzina, może dwie. Z grupy „mieszkającej” w jamie śnieżnej, co chwile ktoś dyżuruje na zewnątrz wypatrując ślad, grań, schronisko, cokolwiek pozwalające nam się stąd wydostać. Nagle słychać na zewnątrz głosy. Dwie osoby pchają się przy tej pogodzie w górę i oczywiście zgubiły drogę. Na szczęście zobaczyli nasz namiot i jednego z żołnierzy. Do naszych uszu dochodzi mniej więcej następujący dialog prowadzony po angielsku:
- Cześć!
- Witamy!
- Czy jest to droga do schroniska? – pytają przybyli.
- Do schroniska? Do którego schroniska? – pyta jeden z oficerów.
- No do trzeciego.
- Co znaczy trzeciego? Nie rozumiem.
- Do trzeciego. Nie wiem jak się nazywa. My idziemy z drugiego...
- To znaczy z Refuge de Aig. du Gouter?
- Tak, właśnie z tego, ale wyżej jest jeszcze jedno.
- Masz na myśli schron Vallota? – pyta zdziwiony oficer.
- Chyba tak.
- Do Vallota nie da się już dojść. Brak widoczności. Ale może uda nam się waszym śladem zejść do Ref du Aig. du Gouter?
- Chyba nie, ślad zgubiliśmy.
- To nie dobrze. I co teraz zamierzacie robić?
- Hm, mamy śpiwory, może znajdzie się dla nas miejsce w waszej jamie śnieżnej? – pyta już trochę zakłopotany i lekko zdesperowany głos na zewnątrz, chyba nie zdając sobie sprawy z warunków panujących w jamie. - Znajomy akcent,- myślę sobie i nie mylę się: chłopcy są z Polski.

Trudna sprawa i nagle... cud: jeden z „dyżurujących” odkrywa resztkę zasypanego śniegiem śladu. Od razy zrywamy się, pakujemy ekwipunek i biegiem w dół. Wędrówka jest trudna. Z przodu prowadzący musi szukać śladu i lecieć w dół jak tylko szybko się da. Ślad może przecież w każdej chwili zniknąć pod ciągle padającym śniegiem i we mgle. Podążające za nim ekipy musza iść jak po sznurku; tu nie można zostać w tyle. Do tego ekwipunek jest spakowany w pośpiechu, byle jak: Marcinowi odpina się czekan od plecaka, dla Moniki tempo jest za szybkie, a mnie uprząż spada po kolana, jak dzieciakowi gubiącemu majtki. Ale zatrzymać się nie można. Nagle grań i budynek schroniska. Ulga. Udało się. Odpoczynek.

Jeszcze tego samego dnia schodzimy kuluarem do Ref. de Tete Rousse. Ależ świat się zmienił. Kuluar jest pokryty śniegiem. Na dole znowu gęsta mgła. Trawers trzeba przejść prawie w biegu, by nie oberwać śniegiem lub kamieniem. Na lodowcu de Tete Rousse mgła jest taka gęsta, że gdybym nie znał tego miejsca, to schroniska bym chyba nie znalazł.

Namiot rozbijamy na starym miejscu. Dopiero teraz uzmysławiam sobie, że przez cały dzień zjadłem dwa batoniki i dwa plasterki szynki. Mimo tego topienie śniegu trawa tak długo, że rezygnuję tego dnia z posiłku. Chcę tylko pić i spać. Herbata do termosu i nic tylko pić. Marcin nie wygląda za dobrze, postanawia jednak coś zjeść i mimo marznącego deszczu dzielnie siedzi przed namiotem i topi śnieg. Jest na tyle miły, że przed snem podaje mi jeszcze litr gorącej wody w butelce, którą od razy lokuję w śpiworze, jako ogrzewanie i rezerwę picia na noc.

dalej...

[Alpy 2003] [Gran Paradiso] [Mont Blanc] [28 czerwca] [29 czerwca] [30 czerwca] [1 lipca] [2 lipca] [3 lipca] [Galeria Gran Paradiso] [Galeria Mont Blanc] [Panorama Mt. Blanc]